Gaj w diabelskim dole  «

marzec 2011

Ta marcowa niedziela była piękna. Już, już wybieraliśmy się do Puszczy Kampinoskiej, aby połazić po tak dawno nie widzianym lesie. Woreczko znienacka rzucił: A może by tak wyskoczyć do Gaju? Na strony www brakuje mi zdjęć!

Dobry pomysł, tym bardziej, że tam też jest las, a samo miejsce mocno zagadkowe. Popijając niedzielną kawę, Woreczko wpisywał dane w GPS-a, a ja uzupełniałam informacje o tym, jak to nie znaleziono meteorytu, choć wszystko wskazywało na to, że znaleziony być powinien.

 

To gdzieś tam Bagno - wiosną jeszcze do przejścia Romantycznie - biel lodu i kory brzóz Bagno - widok od strony zachodniej

Z wykrywaczem min na meteoryt

Zerknęłam na biografię Jerzego Pokrzywnickiego, którą skrupulatnie skompletował Janusz Kosiński (wygłosił o nim referat na konferencji we Wrocławiu w 2008 roku). Jednego i drugiego z panów Gaj mocno zakręcił. Ten pierwszy pojawił się w miejscu domniemanego spadku w 27 lat po fakcie. Jak należy spisał zeznania świadków. Ustalił datę – niełatwo po ponad ćwierć wieku przypomnieć sobie, kiedy coś spadło z nieba (połowa czerwca 1927 roku między godziną 10 a 11). Ustalił też miejsce – warto pamiętać, że były to czasy mocno przed GPS-owe (pomógł mu Antoni Bednarski, mieszkaniec Gaju i członek Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii). Ustalił nawet kierunek lotu i kąt spadku – bolid ciął niebo z zachodu na wschód, pod kątem ok. 30 stopni. Jednym słowem, Jerzy Pokrzywnicki odwalił kawał dobrej roboty.

Pokrzywnicki i żołnierze poszukują meteoryt Gaj

Jerzy Pokrzywnicki i żołnierze
(zdjęcie: Janusz W. Kosiński)

  Ciekawe, że zgłoszenie o domniemanym spadku wpłynęło do Polskiej Akademii Nauk w sierpniu 1953 roku, a w trzy miesiące później Komitet Geologiczny PAN powierzył prace z zakresu meteorytyki emerytowanemu prawnikowi, właśnie Jerzemu Pokrzywnickiemu. Być może sprawa Gaju tak go pochłonęła, bo była dosłownie „sprzed wczoraj”. Nic tylko szukać i znaleźć. No i pan Jerzy szukał. Szukał we wrześniu 1954 roku. Towarzyszyli mu nawet... saperzy, którzy wyposażeni w wykrywacze min mieli nadzieję coś wskórać. Potem wrócił tu w 1957 roku i to dwukrotnie – w maju i w czerwcu, tym razem do badań wykorzystał wagę magnetyczną. Rok później jeszcze raz spróbował. Myślę, że do końca miał nadzieję. Proszę popatrzeć na stare czarno-białe zdjęcie. Pan Jerzy (na co dzień elegancki gość, stary kawaler, ubrany niczym Zbigniew Cybulski  w prochowiec i kościane okulary) założył wodery, by za moment wleźć w bagno i wreszcie znaleźć. Ciekawe o czym myślał w momencie naciśnięcia spustu migawki? Zapatrzony w dal, jakby nieobecny. Niestety, przeczesywanie terenu nie dało rezultatów. Dał za wygraną. Po tamtych szeroko zakrojonych działaniach pozostało jedynie kilka artykułów – w „Uranii”, w „Postępach Astronomii”, hasło Gaj trafiło też do „Katalogu Meteorytów”. Wszędzie opisywane jako DOMNIEMANY spadek. Zapewne ten przymiotnik nie dawał Pokrzywnickiemu spokoju.

Okoliczny las wygląda tak Są też łąki Okolica Kierunek Gaj

Mocne przesłanki

Gaj - dminiemane miejsce spadku

Domniemane miejsce spadku meteorytu Gaj
(mapa: Janusz W. Kosiński; zmodyf.)

Nie dawał też Markowi Żbikowi, który dwadzieścia osiem lat później, w 1981 roku (czyli pięćdziesiąt pięć lat po domniemanym spadku) też zawitał do Gaju. Też wracał tu wielokrotnie, z magnetometrem, z długimi kijami, aby przeszukiwać dno. Zagadki nie udało się rozwiązać. Co się stało z meteorytem, który jak nic spadł? Skoro świadkowie po tylu latach mieli tak zakodowane w pamięci to wydarzenie, że dobili się wreszcie do PAN-u, by podzielić się z naukowcami swoimi obserwacjami. Skoro jeden z obserwatorów został „pochylony” impetem uderzenia. Skoro trzy osoby widziały spadek (Józef Jędrysiak, jego żona i córka). Mało tego świadkowie opowiedzieli skąd leciał „kłąb dymu” i gdzie upadł. Słyszeli też charakterystyczny szum. W 1927 roku było tu pastwisko (teraz jest zagajnik/las), więc można powiedzieć teren wymarzony. Ale gość z kosmosu wylądował w jedynym bagnie w okolicy – na skraju łąki. Bagno, które pochłonęło polski spadek, ma wielkości 60 na 120 metrów. Okoliczni mieszkańcy nazywają je „diabelskim dołem”. Może dlatego, że spadki kamieni z nieba kilkadziesiąt lat temu nie najlepiej się kojarzyły, a może dlatego, że cenne znalezisko diabeł nakrył ogonem?

  Chcieliśmy zobaczyć miejsce, w którym dwa pokolenia pokładały takie nadzieje.

Gdzieś tu spoczywa od wielu lat meteoryt czekając na swego znalazcę.

W punkcie

Długa była ta poranna kawa doprawiona mocną dawką przeszłości. Historia Gaju urzekła nas i zastanowiła. Na trasie Warszawa–Gaj cały czas gadaliśmy o zbiegu okoliczności, o przypadku, o ironii losu i determinacji, która nie zawsze daje efekty. Do celu poprowadził nas niezawodny jak zawsze Krzysztof Hołowczyc z nawigacji samochodowej.

  Zostawiliśmy auto na skraju wsi, przed ostatnim domem przy lesie. Ruszyliśmy na strzałę w punkt. No po prostu było pięknie, choć dosyć mokro. Brodząc w wodzie, ratując się skakaniem z kępy traw na kolejna kępę, zastanawialiśmy, czy w ogóle uda nam się dojść do wyznaczonego przez Pokrzywnickiego miejsca albo chociaż w jego okolice. Dalej było już lepiej. Zaczęły się wyższe drzewa, a cień chronił ziemię przed rozmarzaniem. Wreszcie zobaczyliśmy bagno – całe w bieli, z lodu wyrastały krzaki i malownicze pnie brzóz. Postanowiliśmy obejść je wokoło z nadzieją, że znajdziemy miejsce, w którym kopał Pokrzywnicki. Spodziewaliśmy się jakiegoś solidnego dołu. Przedarliśmy się do zachodniej strony bagna. Były tu kępy traw a między nimi lód podchodzący wodą. Kiedy trawy się skończyły, do punktu zostało około 30 metrów. Może lepiej się tam nie pakować, pomyślałam przez chwilę, w momencie, kiedy woda nalała mi się do butów. Przypomniałam sobie z opisów, że bagno przecież nie jest głębokie. – Co tam, idziemy, przecież to bajoro ma od 50 cm do 130 w najgłębszym miejscu. Nie utopimy się w razie czego – kiedy to powiedziałam, Woreczko miał już długi kij, aby badać grunt. Lód trzeszczał i pękał, a na powierzchni pojawiała się warstwa wody. Brnęliśmy coraz dalej. Woreczko zerkał na naszego chimerycznego GPS-a i w pewnym momencie powiedział: To gdzieś tu. Pokrzywnicki pisał, że w miejscu domniemanego spadku miało być mniej roślin. Rozejrzeliśmy się. Mniej czy nie – trudno po latach stwierdzić. Co kilka metrów z lodu wystawał pień drzewa albo gałęzie. Wytypowaliśmy miejsce, gdzie tafla wody wydawała się największa. Popatrzyliśmy na siebie stojąc na tym podchodzącym wodą lodzie, wśród tych brzóz. Nawet nie trzeba było słów. Wiedzieliśmy, że to jest to. Kiedy jesteśmy w jakimś „miejscu” (ważnym, historycznym, sentymentalnym) wydaje nam się, jakby czas cofnął się na moment i przeżywamy na nowo wydarzenia, które później opisano w książkach.

 

Woreczko spojrzał w niebo, na zachód i stwierdził: Drugi raz nie spadnie.

Ja sobie pomyślałam: Spadł jak kamień w wodę. Czy ktoś go odnajdzie?

Wadi & Jan Woreczko

Musiał przylecieć stamtąd Uwaga, woda wlewa się do butów Lód pęka i zaraz pojawi się woda W cieniu drzew lód ma się dobrze
Gdzieś tu pod lodem leży (albo nie leży ;-( Puk, puk jest tam ktoś Jeśli nie masz woderów, załóż solidne buty Do lasu marsz
Uśmiech proszę Nie tylko okolica ładna Dotrzymać kroku Okolica piękna, warto było

Przypisy

O meteorycie Gaj w Meteoritical Bulletin Database
i na portalu o polskich meteorytach wiki.meteoritica.pl

Źródła (sources):

Kosiński Janusz W., (2009), Prawdopodobny spadek meteorutu w Gaju k. Wyszkowa, Acta Soc. Metheor. Polon., vol. 1, 2009. [Plik PDF].

Kosiński Janusz W., (2011), Ernest Jerzy Grzymała Pokrzywnicki (1892–1974), Acta Soc. Metheor. Polon., vol. 2, 2011.

Pilski Andrzej S., (1999), Nieziemskie skarby. Poradnik poszukiwacza meteorytów, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 118.

Pokrzywnicki Jerzy, (1959), O spadku meteorytu we wsi Gaj powiatu Wołomińskiego, Postępy Astronomii, t. VII, z. 1, 1959, s. 22-26.

Żbik Marek, Stein J., (1983), O poszukiwaniu meteorytu Gaj, Przegląd Geofizyczny, 28(2), 1983, s. 229-232.

Fotografie: Kasia, Wadi & Woreczko

 
stat4u
Page update: 2016-01-20 10:47